per-se blog

Twój nowy blog

Krzysiu. Masz rację w tym, że można uśmiechać się z politowaniem, z wyższością, ale też z radością, z podziwem. Napisałeś, że cieszysz się, kiedy widzisz, jak ludzie czerpią radość z małych rzeczy i jest coś wyjątkowego w spostrzeżeniu, że gdy ktoś potrafi się cieszyć tymi pozornie drobnymi sprawami, o wiele bardziej, głębiej, szczerzej potrafi się radować również z tych rzekomo wielkich. Małe i duże radości bowiem to rzecz względna i zależna od tego, czego się oczekuje. Tymczasem zdaje mi się, że wielkie lub małe nie jest to co nas spotyka, ale wielkim lub małym jest coś w zależności od tego, jak na to patrzymy i właśnie nasza umiejętność radowania się może sprawić, że coś co można by przeoczyć, stanie się najważniejszym w danej chwili. Tak jak dzięki wielkiej miłości można sprawić, że ktoś czuje się najważniejszy na świecie, a za sprawą miłości zbyt małej można sprawiać nieustający ból. Prawdą też jest, że niepotrzebnie wciąż patrzymy na to, co powiedzą inni. I nie chodzi tu o ignorowanie czy niedoceniania, ale o prawdę i szczerość. Cóż z tego, że może jesteśmy czasem naiwni, nieokiełznani, prości, zwyczajni, roztrzepani. Po to został nam dany śmiech, by zachwycać się nim za każdym razem na obliczu małego dziecka. Po to został nam dany uścisk, by jednał w każdej sytuacji. Po to zostały nam dane łzy, by nam było lżej w trudnych chwilach. Po to zostało nam dane niebo, by się w nie wpatrywać. Tak. Można się ciepło uśmiechnąć, bo istotnie może dawno nikt tego nie robił względem osoby, którą mamy przed sobą i może cud się stanie i uniesie ona ten uśmiech nie tylko w swoim sercu, w swoim życiu, ale też do innych osób. „Czasem dobrze jest wskoczyć do kałuży” … czasem dobrze jest podskoczyć do zwisającej gałęzi drzewa …
***
Motywacje:
- Komentarz Krzysia do wpisu sprzed kilka dni.
- 1Tes5,16…
- Kasiu dziękuję za wspólny wypad, a raczej postój, na lody.
- Dziś kilka rezygnacji, kilka zobowiązań, kilka próśb.
- Czekam …
***

Dziś Pierwszy Dzień Dziękczynienia. O ile dobrze pamiętam i usłyszałam, ma on przypadać co rok w pierwszą niedzielę czerwca. Tak się złożyło, że tym razem ma on miejsce zarazem w Dzień Dziecka. Jak zwykle wychodzę z założenia, że przypadków nie ma. Dzieci bowiem potrafią dziękować najbardziej szczerze, ale też same są wielkim podziękowaniem i powodem, dla którego powinniśmy dziękczynienie wznosić co dnia. Wystarczy zostać obdarowanym jednym uśmiechem, poczuć dotknięcie małej dłoni, zobaczyć łzy w oczach, usłyszeć radosne podrygiwania, by cały świat się przewracał do góry nogami i nie było już nic więcej. Tracimy szczerość dziecka. Tracimy w sobie, zaniedbujemy, zabijamy tą prawdę, którą mamy w sobie u początków życia. Z pewnością jest to normalne i naturalne, że rzadko dziękujemy. Tak jesteśmy wychowywani, takie mamy natury, tak wszystko wokół pędzi, że chwilami nie sposób się zatrzymać. Może to egoizm. Może kolej rzeczy. Tak czy inaczej na co dzień nie dostrzegamy tego, co dobre. Usłyszałam dziś, że nie chodzi o radosne wołanie każdej chwili, jak jest nam cudownie i jak wszystko jest dobre, ale o wcielanie podziękowania w życie. O to, by dziękować innym bezinteresownie, jeśli nie w gestach, darach i słowach, to w dawaniu siebie poprzez bycie odpowiedzialnym, za sprawą dobrego wykonywania swojej pracy, miłego obchodzenia się z innymi, otwartego słuchania. Istotnie wciąż skupiamy się jedynie na sobie i konformistycznym ułożeniu sobie życia. Tymczasem, żeby dla innych być dobrym, żeby dziękować za to, co nas spotyka, a co wielokrotnie nie zależy od nas, nie trzeba dużo. Zwykły uśmiech zamiast nieustannego maruderstwa. Naturalna sprawiedliwość i rzetelność w nauce, pracy. Zrealizowany plan dnia. Dobrze ugotowany obiad. Pytanie, co się u kogoś dzieje. Wysłuchanie, a nie jedynie chęć wypowiedzenia swojego. Jest jednak jeszcze inna strona dziękowania. Bo z reguły kojarzymy to stwierdzenie z czymś dobrym. Pytanie, co jest istotnie dla nas dobre? To co miłe, ułożone, ulubione? To co rozwija, umacnia, prowadzi do celu? Rzadko dziękujemy, ale jeszcze rzadziej za to, co nas boli. Tymczasem to, co dziś wydaje się nie do zniesienia i niemożliwe do uniesienia, może okazać się jedynie dobrym wyjściem, bo nie wiemy, co byłoby, gdyby stało się inaczej… Dziękowanie, to nie tylko odwzajemnianie się za to, co sprawia nam przyjemność i jest przez nas pożądane. Dziękowanie, to również przyjmowanie tego, co nas spotyka, z nadzieją i wiarą, że z wszystkiego można wyprowadzić dobro, piękno, prawdę, dojrzałość, miłość… Dobrze, że jest taki dzień, kiedy możemy cofnąć się do tych lat dziecięcych, a i nawet w wieku dorosłym usłyszeć od rodziców, opiekunów, bliskich – wszystkiego najlepszego z okazji dnia dziecka. Dobrze również, że będzie od dziś taki dzień, kiedy będziemy się mogli cofnąć do owego dziecięcego szczerego spojrzenia i gdy jest za co, dziękować, a gdy coś boli, zaufać, że dziękować jeszcze będzie za co. Cudownie by było, gdybyśmy się uczyli dziękować za wszystko…
***
Motywacje:
- Dzień Dziecka. Wszystkim dzieciom dużym i małym – najlepsze życzenia.
- Dzień Dziękczynienia. Oby dawał dobre owoce.
- Boże, za życie, wiarę, ludzi, doświadczenia, drogi, dziękuję.
- Matuluś Boża, za opiekę i prowadzenie, dziękuję.
- Rodzice, kocham Was. Oby zawsze „pomimo”, a nie „za”. Dziękuję. Za wszystko i każdą rzecz z osobna.
- Rodzino, przyjaciele, wykładowcy, nauczyciele, lekarze, kapłani, Wy wszyscy spotykani stale i sporadycznie, a czasem tylko raz, dziękuję za wszystko, każde słowo, gest, czyn. Za to, że Was „mam”.
- Nie sposób wymienić każdego …
- Kasiu, Mateuszu …
- Piotrze, Pawle, Mateuszu …
- Kasiu Mała, Kasiu Akademicka, Asiu, Pawle, Szymonie …
- Joasiu, Franiu …
- Karolinko, Martyno, Krzysiu …
- x Januszu K., x Krzysztofie, T. x Adamie W., x Marku S., x Andrzeju P., x Krzysztofie M., x Andrzeju M. …
- Pozostawiam wszystko w sercu i w pamięci. Dziękuję.
***

Dziś ostatni maj. Na co dzień nie odczuwa się upływu czasu. Żyjemy od zdarzenia do zdarzenia, od jednej granicy do drugiej, od codziennego porannego mycia zębów, po wieczorne szykowanie kolacji. I tylko wtedy, gdy coś nagle trzeba podsumować, określić, zawrzeć w ramy, orientujemy się, że to już minął kolejny dzień, tydzień, miesiąc … czasem kilka lat … Ten miesiąc nie miał być w żaden sposób szczególny. Tak jest zazwyczaj, że gdy nie planujemy czegoś, to najczęściej ma miejsce. Jeszcze częściej w sposób, w jaki się nie spodziewamy. Czas można powiedzieć piękny – rozkwit wiosny. Kilka tygodni. Dużo planów, jeszcze więcej obowiązków i codzienna świadomość tego, że większości i tak nie da się zrealizować z braku możliwości bądź czasu. Dzień za dniem. Przez ten czas chodziłam codziennie na popołudniowe nabożeństwa majowe. I dopiero dzisiaj, kiedy uświadomiłam sobie, że to już ostatni dzień tego majowego świętowania miesiąca poświęconego Matce Bożej, uświadomiłam sobie, jak wiele się w międzyczasie stało. Tyle słów, tyle zdarzeń, tyle relacji, tyle nowych ludzi, a tych stale obecnych tyle razy widzianych w innych obliczach i świetle. Kim ja jestem? Kim my jesteśmy? Czy patrząc w wyobraźni na obraz siebie sprzed miesiąca możemy powiedzieć, że dziś jesteśmy tymi samymi osobami? Ja nie mogę. Bo każda rozmowa, każdy gest, każda inicjatywa i wysiłek, choćby czyniony w upadkach, zbliża mnie do czegoś, co istotą mnie przed kilkoma dniami jeszcze nie było, a co zmienia się w danej chwili, by ostatecznie nie pozostać tym samym za dni kilka. Czas. Mówi się, że ludzie się nie zmieniają, tylko czasy. Istotnie, zawsze będziemy targani tymi samymi namiętnościami, motywowani tymi samymi ideałami, zwodzeni tymi samymi emocjami, zmuszani do pokonywania tych samych barier cielesnych i duchowych. Ale w wymiarze człowieka, jednego, wyjątkowego, niepowtarzalnego i niezastąpionego, zmiany zachodzą każdej sekundy. Czasem niepostrzeżenie, czasem aż nadto widoczne. Nie można powiedzieć, że zna się drugiego człowieka. Można jedynie poznawać go nieustannie, towarzyszyć mu w drodze, w zmianach, w przeistoczeniu jakie zachodzi w jego życiu. Osoba w wieku lat pięciu jest innym człowiekiem, niż w momencie kiedy ma lat dwanaście. Jakże rozrasta się ta różnica gdy porównać zachowanie i sposób myślenia człowieka gdy ma lat dwadzieścia, a lat pięćdziesiąt siedem. Nie wierze w stereotypy dziecięcej naiwności, młodzieńczego szaleństwa, dojrzałego budowania, i starego tetryczenia. Każdego kształtuje takie życie, jakie go spotkało. Ludzie, doświadczenie, zdarzenia. Nie ma też starych dobrych czasów i niepewnej przyszłości. Jest każdy dzień, na nowo. Czy pierwszy, czy ostatni, jest. Nie sposób doceniać czegoś, co jest tak nieuchwytne, jak sekundy, minuty, dni splecione rutyną. Można jednak nie popełniać dwóch podstawowych błędów – przeszłości i przyszłości. Nie rozpamiętujmy wciąż tego co było, usprawiedliwiając tym siebie samych – gdybym to ja wtedy zrobił, gdybym to ja wtedy powiedziała, gdybym … Nie żyjmy wciąż planami na przyszłość, uniemożliwiając sobie ich ziszczenie – bo ja kiedyś to powiem, bo ja kiedyś tak zrobię … Marnujemy chwilę obecną na to co było lub będzie, tracąc szanse dostrzeżenia tego co jest. Dzień ma dwadzieścia cztery godziny, a i to czasem za mało, by powiedzieć komuś, że się go kocha. Cieszmy się, że się zmieniamy, tak jak zmienia się nasza miłość. Czasem niepostrzeżenie łagodnie, czasem aż nadto boleśnie. Bo gdy popatrzeć na nasze życie sprzed miesiąca, pozornie to wszystko to samo lub przeciwnie wszystko na odwrót. Kiedy to się stało? W obecnej chwili. Teraz.
***
Motywacje:
- Wiosna, a może już lato w pełni.
- Zmiany te powolne i nagłe.
- Matko Boża, za ten piękny miesiąc próśb i dziękczynienia, dziękuję. Wspieraj i prowadź dalej. Miłosierna Matko Boska … za nami wstawiaj się …
- Czas.
- Kolejnego miesiąca nadszedł czas.
- Piotrek, dziękuję za spotkanie. Ile to już minęło? Tyle się wydarzyło w międzyczasie… <:*>
- X Adamie, za telefon z granicy, dziękuję. Nieustannie pamiętam i za pamięć dziękuję.
- X Piotrze, w myśl rocznicy – wszystkiego dobrego, Błogosławieństwa Bożego i Jego woli oraz zgody na nią, bo to najważniejsze.
***


Zdaje mi się, że często nie doceniamy naszych Mam. Nie doceniamy Ojców. Nie doceniamy ludzi, którzy nas otaczają. Istotnie przekonujemy się o tym wtedy, gdy kogoś nam braknie, gdy ten ktoś choruje, gdy obserwujemy cierpienie lub oschłość wobec nas tej osoby. Szkoda, że tak jesteśmy stworzeni, że potrafimy doceniać od święta, a na co dzień rozmywamy się w samych sobie, nie dostrzegając innych. Tymczasem dziś święto Matki. Każda Matka jest inna. Bywają potocznie zwane dobrymi i złymi. Żyją te kochane i nie. Każda z osobna ma swoje wady i zalety. Całość sprawy można sprowadzić do statutu bycia człowiekiem. Bo nikt nie jest bez winy i nikt za życia nie jest świętym. Wyjątkowe jest jednak to, że bez względu na to, jaka by nie była kobieta mająca dzieci, to zawsze będzie ona ich matką i matką w ogóle. W takie dni chciałabym nie skupiać się na tym co boli, co niewłaściwe lub złe w swej istocie. Bo samo słowo Matka nakłada pewien prestiż i wywyższenie. To jest zaszczyt. To jest piękno. To jest tkliwość. Ale to jest jednocześnie wielki trud i wielka siła. Od lat próbuje się tworzyć modele zachowania, wzory, sposoby wychowania i postawy rożne. Mnie zdaje się, że wystarczy to jedno – że Matką się jest. A sama istota bycia nią determinuje wszystko inne. Miłość. Prawdę. Oddanie. Poświęcenie. Opiekę. Bycie. Wiele zarzucamy Matkom na przestrzeni lat i wieków. A mnie wciąż nasuwa się jedno stwierdzenie mojej własnej Mamy – że kobieta, która urodziła dziecko, wszystko mu podporządkowała, oddała całą siebie, pielęgnowała, troszczyła się, martwiła, nie przesypiała nocy, patrzała w chorobie, towarzyszyła w radościach i smutkach, zawsze będzie Matką. Może więc mimo tych wad zarówno naszych Mam jak i naszych własnych starać się uznać i kultywować jedno – nie odmawiajmy prawa Matkom do bycia nimi i nie miejmy Im za złe, że nimi są. Bo choćby nie wiem jakie istniały bariery, to właśnie objęcie Mamy daje największy pokój. I choćby nie wiem jak sami wielcy byśmy się sobie nie wydawali, to właśnie nieprzychylne słowo bądź brak zrozumienia własnej Mamy boli najbardziej. Na pierwszym miejscu Miłość, z której wypływa Szacunek … a reszta jest po prostu byciem Matką, co powinniśmy doceniać, a nie chcieć nieustannie zmieniać  … 
***
Motywacje:
- Mamuś moja. Za to, że Nią jesteś, dziękuję. Bądź nią zawsze, bez względu na to, jaką ja jestem córką.
- Mamy różne. Wszystkiego najlepszego.
- Matko Boża, módl się za nami.
***

Kilka dni temu, wracałam późnym popołudniem do domu. Szłam chodnikiem. Mijałam drzewa rosnące na poboczu. Nade mną zwisały gałęzie. Idąc z poważna miną, w obcasach, z okularami na nosie, torebką przewieszoną przez ramię, nagle nie myśląc wiele podskoczyłam do jednej z gałęzi i rozkołysawszy ją poszłam, już spokojnie, dalej. W tej samej chwili, kiedy to uczyniłam, zrobiło mi się nieswojo. Po ludzku głupio. Bo to był odruch, zupełnie nieplanowany, niespodziewany wręcz. I nastąpiła lawina odczuć. A gdyby ktoś mnie tak widział, co gorsza ze znajomych, a może nie wypada, a bo jak dziecko. Pomyślałam potem zaraz, jak to musiało wyglądać z boku. Ładnie ubrana dziewczyna, poważna, zamyślona, nagle podskakuje do gałęzi i idzie dalej, bez najmniejszego zawahania. Co by nie powiedzieć, człowiek na samą myśl takiego obrazka się uśmiecha. Ta zwykła spontaniczna reakcja i szereg obaw i skojarzeń, które na skutek tego powstały po tym we mnie, uświadomiły mi jedno. Tracimy gdzieś radość życia i naturalność zachowania. O ile jeszcze w gronie znajomych czy rodziny potrafimy zachowywać się niestandardowo choć po prostu normalnie, o tyle sami w obcym środowisku lub wśród nieznanych ludzi otaczamy się murem. Szkoda. Nawet nie sądziłam, że tak wiele przyjemności może sprawić zwykłe podskoczenie do gałęzi … a w późniejszej drodze zerwanie z trawnika kwiatka …
***
Motywacje:
- Zwisające gałęzie.
- Stokrotki.
- Upływający czas.
***
 

Dziś krótko, tak jak zdawkowa była wymiana zdań, która wprawiła mnie w osłupienie. Dziś święto Bożego Ciała. Miałam w planach przyozdobienie okna, w myśl tradycji, w myśl potrzeby, w myśl wiary. Usłyszałam od pewnej osoby, że może lepiej nie powinnam, bo sąsiedzi mogą dziwnie zareagować. Przysłowiowe – co ludzie powiedzą. To mnie nie tyle zastanowiło, ile wprawiło w osłupienie. Myślę nad tym od kilku dni. Można wieszać lampki na oknach i wystawiać choinki w czasie Bożego Narodzenia. Można malować jajka, stroszyć piórka sztucznym kurczaczkom i chodzić z koszyczkami w czasie Wielkanocy. Można krzyczeć w domu, ubliżać mężowi, uderzyć dziecko. Można siedzieć co wieczór pijanym na ławce pod klatką. Nie ważne co ludzie powiedzą. Obrazka świętego i kwiatów do okna lepiej nie dawać, bo jeszcze by ktoś zobaczył. Nadal myślę. Rozumiem tych, dla których nie ma to wartości duchowej, ani nawet tradycyjnej. Rozumiem nawet tych, którzy prezenty w zimie robią, a na wiosnę kupują baranki, przywiązując się do tego jedynie przez wzgląd na rodzinny zwyczaj czy walor przyjemny, radosny. Nie każdy musi wierzyć, nie każdy musi wyznawać, nie każdy musi chcieć zrozumieć. Każdy ma wolną wolę. Skoro jednak podchodzić do tego wszystkiego czysto od strony kultury i obyczaju, to skąd taka wybiórczość? Na samą komercję zrzucić nie można, bo Boże Narodzenie to nie tylko Aniołek przynoszący prezenty i lampki na choince, ale też szopka w Kościele i mały Pan Jezus, z kolei w Wielkanoc chcąc nie chcąc wzroku na serwetce koszyka dłużej utrzymać nie można i gdy tylko podnosi się głowę, widzi się Chrystusa na krzyżu rozpiętego. Coś więc z tym wszystkim zrobić trzeba i jakoś się do tego odnieść. Jeśli przyjąć postawę czysto tradycyjną, w niczym nie różni się wystawienie obrazka świętego i kwiatów, od przyklejenia kurczaka bądź bałwana. Jeśli natomiast zakładać wiarę, w co ostatecznie się wyznaje i w co wierzy? Mikołaja czy Boga, kurczaczki czy świętych, lampki czy sakramenty? Burzy się mój charakter, bo sama myśl o opiniach innych nasuwa proste pytania. Kto żyje moim życiem i kto za nie odpowiada? Ja czy inni?
***
Motywacje:
- Boże Ciało.
- Brak dystansu, czy brak pokory?
- Płatki kwiatów sypane na ulicę …
***

Pokora.

Brak komentarzy

Bywają niekiedy dni niezbyt dobre. Nienajlepsze. Takie sobie. Do niczego nawet. Człowiek przy wskazanym i względnie poprawnym końcu tarczy zegarka, choć w istocie ona nigdy się nie zaczyna ani nie kończy, zatrzymuje się na chwilę i zastanawia – po co to wszystko. Nie łudźmy się, jesteśmy tylko ludźmi i składamy się nie tylko z wielkich słów, ideologii, duchowych uniesień i dobrych chęci, ale też emocji, słabości, upadków i potyczek. Dziś jest taki dzień, a raczej taki dzień właśnie się kończy. Od rana jakoś nie tak, jak być powinno. Nie poukładane wszystko. Co chwilę coś przeszkadza. Niepotrzebne słowa. Zbędne myśli. Błędne decyzje. Brak odniesienia. Czasem o wszystkim się zapomina. O celu, przyczynie, źródle, drodze, innych ludziach. Zostaje tylko bieganie za przysłowiowym własnym ogonem. I kiedy tak przy końcu dnia patrzę się na to wszystko, co mnie dziś spotkała, co ja napotkałam, zastanawiam się, czym właściwie jest pokora. Mówimy czasem, że ktoś jest pokorny, a innym razem, że wręcz przeciwnie, że pokory zupełnie komuś brak. Podobno pokora to umiejętność stanięcia w prawdzie, nade wszystko o sobie. Widzenie swoich wad i zalet. Umiejętność określenia tego, co robimy dobrze, a co źle, jak również dążenie do rozwijania tego pierwszego i niwelowania drugiego. Najczęściej jednak potocznie odnosimy się w tym określeniu do postawy drugiego człowieka, jego sposobu bycia, wyrażanych opinii, zachowania. Rzekomo pokora przychodzi z czasem i doświadczeniem. Czy więc młody człowiek może być pokorny? Dochodzę do wniosku, że tak, ale jedynie na skutek trudnego życia, ciężkich doświadczeń, bądź szczególnie dobrego wychowania. Czy na pewno? Jest coś takiego w tym słowie, że kojarzy się ono automatycznie z osobami starszymi, świętymi, bądź szczególnie doświadczonymi przez życie. A więc jakaś ogłada, siła połączona ze spokojem, brak pochopności, stałość w postawie, mądrość życiowa, umiejętność ukorzenia się przed tym co większe i mądrzejsze. Czym jest w istocie pokora? Nie każda bowiem osoba starsza wiekiem  czy doświadczona życiem odznacza się tą, co by nie powiedzieć, cnotą. Zdaje mi się nawet, że więcej jest takich osób, które jej zaprzeczają. Te zachowania natomiast, z którymi się spotykam, to raczej właśnie doświadczenie na skutek przeżytych lat, zdobyta mądrość, spokój wynikający z charakteru, rezerwa mająca u źródeł brak pewności bądź strach. Czy znam ludzi pokornych? Wydaje mi się, że znam wielu ludzi, którzy zachowują się w sposób pokorny, ale jedynie w pewnych okolicznościach, sprawach, sytuacjach. Na co dzień jednak, w wyrażaniu opinii o innych, w odnoszeniu się do siebie nawzajem, w postawie względem samego siebie, daleko są od pokory bardzo. Jesteśmy tylko ludźmi, to prawda. Może więc lepszą oceną pokory lub jej braku są starania, a nie efekty? Może więcej pokory jest u tego człowieka, który jasno widzi swoje wady i zalety, stara się szerzyć dobro, a zło zwalczać, mimo upadków i niekończących się prób, aniżeli u tego, który jedynie mówi o tym czym pokora jest i wytyka jej brak u innych, nie robiąc nic, by samemu się zmienić? W takim świetle, jest nadzieja dla ludzi młodych, ale wciąż jedynie, by uczyć się być pokornym, a nie być nim w istocie. Tutaj też skłaniałabym się do tego, że pokora jest domeną ludzi starszych, o ile w sposób odpowiedzialny nad nią pracują. Bo by umieć rozeznać co dobre, a co złe, by umieć nad sobą zapanować, by rozwinąć w sobie zalety, a zwalczyć wady, potrzebnych jest wiele starań i czasu. Warto jednak, by tego czasu, który jest nam dany każdego dnia nie marnować i jeśli nawet od pokory jest się daleko, zastanowić się pod koniec dni, nie tylko tych nieudanych, ale tych niemal idealnych również, co było w naszym zachowaniu wyrazem pokory, a co nie. Jeśli to zbyt trudne, co miało źródło w dobru, a co w złu. Jeśli to nadal zbyt odległe, które nasze gesty, czyny, słowa, myśli wynikały z miłości, a które nie. Może to nie nauczy nas czym jest pokora, ale może choć troszkę do niej przybliży na co dzień.
***
Motywacje:
- Niezbyt udany dzień.
- Rozmowa z Mamą o pokorze.
- Brak pokory własnej.
- Kasia Mała – piszę, bo wstyd mi tu przed Tobą zostawiać puste miejsca. Ty wiesz, jak mnie sterroryzować ;P
- Na dworze zimno, w domu powyciągane koce.
***

Ostatniej niedzieli w Kościele obchodziliśmy uroczystość Najświętszej Trójcy. Temat jakkolwiek wybiórczy zważywszy na zależność od wiary. Dodatkowo wyjątkowo trudny, biorąc pod uwagę samo zagadnienie i jego nieuchwytność. Jakiś czas temu słyszałam, że zaniedbany jest bardzo temat istoty i działania Ducha Świętego. Ja sama w rozmowie kilka dni temu stwierdziłam, że tego nie można zrozumieć, a jedynie poczuć. Tym bardziej więc kiedy rozpoczęło się kazanie moja uwaga wytężyła się w dwójnasób. I prawdopodobnie byłabym nie pisała w ogóle o tym, gdyby kazanie było klasyczne i standardowe. Być może nawet nie podjęłabym tematu, gdyby dotyczyło od tak tematyki religii, wiary, duchowości. Kazanie, jak kazanie, nie każdego może obchodzić, a ja wciąż podświadomie żyję w przeświadczeniu, że na łamach pseudo publicznych powinnam stronić od tematów konfliktowych, a trzymać się tych neutralnych czy też czysto „estetycznych”. Jednak to, co usłyszałam, w sposób elementarny poruszyło moje pojęcie o człowieku. Co słyszy się zazwyczaj słyszy się o Trójcy Świętej? Jest Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Było. Były też opisane przymioty, cechy i definicje pochodzące z Katechizmy Kościoła Katolickiego. Wszystko to prawda, choć człowiek zawsze oczekuje czegoś więcej. I ja nie oparłam się jakiemuś oczekiwaniu opisania relacji, niebiańskich scen, a może i gdzieś pogłosów anielskich. Czekałam. Spodziewałam się, że po wyłożeniu definicji, teorii i zasad będących wykładnią wiary katolickiej, nastąpią jakieś przykłady świętych, opisy mistycyzmu i doświadczeń oraz objawień, może jak rok wcześniej fragmenty „Boskiej Komedii” Dantego. Jakież było moje zdziwienie, gdy Ksiądz nic takiego nie powiedział. Oznajmił tonem spokojnym coś zupełnie innego, a co brzmiało parafrazując mniej więcej tak: „Można się zastanawiać i rozważać. Można mówić o filozofii, teorii, czy jak dogmatycy o transcendencji i immanencji. Ale wiemy tylko tyle, ile objawił na Bóg. Wiemy, że Bóg Ojciec stworzył świat i człowieka. Człowiek zgrzeszył i na skutek tego grzechu oddalił się od Boga. Bóg zesłał swego Syna, aby świat i człowieka odkupić i zbawić. A gdy Syn to uczynił, obiecał, że pośle swojego Ducha, aby dalej prowadził dzieło zbawienia na ziemi i budował Kościół. Tyle wiemy, nic więcej. Możemy się zastanawiać, domyślać, przekładać, ale Boga nie poznaje się w dywagacjach, ideologiach i definicjach, ale w prostocie wiary i prostocie serca, a nade wszystko w prostocie modlitwy.” Nie każdemu jest to bliskie, czasem zdaje mi się wręcz, że większość ludzi woli od tego uciekać. Nie o wiarę mi jednak tu teraz chodzi, ale o człowieka. Wiara jest prostsza, niż nam się wydaje. Życie jest prostsze, niż sądzimy. Człowiek jest prostszy, niż udajemy. Dlaczego tak często zamiast cenić i wielbić to, co jest nam dane, my nieustannie utyskujemy, iż nie zostało nam darowane więcej, bardziej, mocniej? Co więcej nieustannie dopatrujemy się konieczności ostatecznego wyjaśnienia, dopowiedzenia, odnalezienia, postawienia przysłowiowej „kropki nad i”. Brak wiedzy traktujemy jak patologię. O ile myślimy o elementarnej edukacji w ramach danego społeczeństwa, jest to zrozumiałe. Jeśli jednak wkraczamy w wymiar prześwietlania wszystkiego i tłumaczenia wszystkiego na rozum, ponosimy klęskę w wymiarze człowieczeństwa. Bo nie da się poznać wszystkiego. Nie da się ogarnąć wszystkiego. Nie byłoby pojęcia wiedzy, gdyby nie istniał jej brak jako opozycja. Nie byłoby zrozumienia wiary, gdyby brak wiary nie istniał. Wiedza jednak i wiara to dwie różne rzeczy. Najprościej rzecz ujmując i potocznie określając, wiedza, to pewność i świadomość na bazie dowodów i przykładów, wiara natomiast, to przyjęcie czegoś na bazie zaufania, bez konieczności i bez posiadania dowodów. Czy jedno jest gorsze od drugiego? Czy jedno drugie wyklucza? Myślę, że jedno z drugim miałoby szansę żyć w zupełnej zgodzie, gdybyśmy tylko nie mylili ich  ze sobą i nie wynaturzali. Jak ktoś powiedział kiedyś, znów parafrazując: „Mało wiedzy oddala od Boga, dużo wiedzy do Niego przybliża”. Myślę, że to samo można odnieść do świata, życia, drugiego człowieka. Tylko czy my aby nie przeceniamy i nie interpretujemy błędnie pojęcia wiedzy? Bo możemy znać tysiące definicji, teorii filozoficznych i mieć przeczytane dziesiątki książek teologicznych, a nie umieć się modlić. Możemy zwiedzać wszelkie kraje, te na wschodzi i zachodzie, oglądać zabytki cywilizacji, znać kilka języków, ale nie wiedzieć, że przed naszym oknem rośnie drzewo, co więcej, że to drzewo nazywa się brzoza. Możemy znać życiorysy wszystkich wielkich ludzi tego świata, mieć poglądy na temat życia bliskich i umieć pomagać innym w rozwiązywaniu problemów, ale w swoim prywatnym życiu nieustannie żyć tym co się nie udało, lub co nigdy się nie spełni, a dnia obecnego nie dostrzegać i tracić go każdej sekundy. Możemy wiedzieć co to komórka macierzysta, na czym polega kompleks Edypa, co oznaczają poszczególne zachowania niewerbalne, jaki kolor oczu, włosów i skóry ma człowiek stojący przed nami, ale po rozmowie z nim nie pamiętać niczego, nie wiedzieć jaki jest jego ulubiony film, ukochana książka, najpiękniejszy kwiat, zapach wywołujący uśmiech na jego twarzy. Można wiedzieć wiele, ale nie czuć nic.
***
Motywacje:
- Kazanie „Bandziora” (!)
- X Andrzeju, owszem, moim stałym wieczornym zajęciem jest czytanie X zapisków. Widzę, że jednak będę mogła kontynuować ten rytuał. Dziękuję. Jak również za modlitwę. O swojej zapewniam.
- Kasiu, za nieustanne towarzyszenie i dzielenie się … dziękuję … Aha ! I ten szczypiorek, do którego się dorwałaś w końcu !!! Niezapomniany, wyobrażony widok :) A z migdałkami sobie jakoś poradzimy :*
- Pogoda raczej marcowa.
***

Na nowo.

Brak komentarzy

Czasem człowiek wystawiany jest na próby. Najczęściej wtedy, gdy coś ułoży sobie po swojemu i jest tego pewien. Tak jest też z moim powrotem tutaj. Napisałam wiele. Prosto z serca. Zamieściłam. Przezornie i w wyniku wielorakiego doświadczenia, skopiowałam i umieściłam w innym miejscu. Skasowałam. Przez przypadek. Jak? Kiedy? Nie wiem. Fakt jest faktem – mojego powrotnego wpisu nie ma ani w dokumentach, ani na blogu. Widocznie wiele z tych słów miało nie ujrzeć światła dziennego. Widocznie jest to też dodatkowy test na to, na ile ważne jest dla mnie pisanie. Dochodzę do wniosku, że jednak uczę się cierpliwości, choć pomału. Takie epizody już mnie nie złoszczą, nie wyprowadzają z równowagi, ale stawiają pytania. Bo nie zawsze to tylko przypadek lub tak zwany nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Tymczasem historia zaczyna się na nowo… Wczoraj wieczorem przeczytałam pewne zdanie, które na nowo coś we mnie zburzyło: „Tomasz Merton pisząc swoje pamiętniki stwierdził kiedyś, że stały się one jego kierownikiem duchowym – pozwalały mu ponazywać swoje duchowe doświadczenia i zobaczyć siebie przez pryzmat słów zapisanych na papierze”. Tych kilka słów wzbudziło wiele pytań. Nie chciałam pisać? Nie mogłam pisać? Bałam się pisać? Ważniejsze, niż odpowiedzi na te pytania są raczej przemyślenia, które gdzieś głęboko się we mnie pojawiły. Nie potrafię żyć bez pisania. To jest częścią mnie i zaprzeczanie temu, byłoby zaprzeczaniem samej sobie. Długo milczałam. Przez ten czas kontynuowałam pisanie własnego, prywatnego dziennika, zawierającego rzeczy, które chcę aby pozostały tylko między mną, a Panem Bogiem. Czegoś jednak cały czas mi brakowało. Wiele razy tu zaglądałam. Otwierałam stronę, pisałam kilka liter, kasowałam, zamykałam. Nieustannie mówiąc, że następnym razem. Tymczasem narastały wątpliwości zasadnicze. Prawda jest taka, że nie przestałam pisać dlatego, że nie miałam pomysłów, motywacji, chęci, czasu, zapału. Dotarło do mnie dzisiaj, że straciłam świadomość słowa i radość z obcowania z nim. Czym jest dla mnie pisanie? Można powiedzieć, że pasja jak każda inna. Każdy takie ma. Kiedy zaczynam pisać, wszystko znika. Nie ma czasu, nie ma świata, nie ma mnie samej, jest tylko to, tutaj, teraz. Bycie między słowami, znakami interpunkcyjnymi błędnie stawianymi, między czarnym a białym. Słowo jest różnie wykorzystywane. Słowa nie tylko nas tworzą, ale i my je tworzymy, dlatego nade wszystko musimy być za nie odpowiedzialni … Słowo może być kłamstwem, może ranić bardziej niż ostry przedmiot, ale może też tworzyć dobro, godzić ludzi … a czasem jest to Słowo … Ja wolę pokazywać to, co piękne i przestrzegać przed tym, co niebezpieczne. W międzyczasie jednak zaczęłam patrzeć na pisanie przez pryzmat powinności. Bo inni, bo obiecałam, bo ja, bo jedno trudne, a inne nie wypada. Zaczęłam też zastanawiać się i próbować podskórnie uformować jakiś punkt odniesienia. Bo po co pisać? Pisanie dla samego pisania zdaje się być bezcelowe. Nieustannie też miałam wrażenie, że to wszystko co tu umieszczam jest chaotyczne, bezprogramowe. I dziś do mnie dopiero dotarła istota pisania. Składamy się ze słów. Błędem jest wstydzić się samych siebie, a jeszcze większym udawać, że słów w ogóle nie ma. Jeśli pisać, to szczerze. Jeśli mamy w sobie wielość, to pisać różnorodnie. Jeśli mamy smutek, to wyrażać to żalem. Jeśli radość nas rozpiera, to podskakiwać czcionką. Jeśli liryzm się budzi, uderzać w patetyczność. Jeśli monotematyczni jesteśmy, wytrwale pisać o jednym. Rację miał Merton pisząc, że pisanie pozwala poznać samego siebie, ale poprzez to pozwala poznawać ono również innych, świat, Boga. Mnie zniechęciło spalanie. Bo jak każda rzecz, którą chcemy robić świadomie i w dobrym celu, pisanie wymaga czasu, pracy, zaangażowania, wysiłku, porażek, dawania siebie. I tu przypomina mi się parafraza – jeśli chcemy świecić, musimy się spalać. Sztuką jest by nie musieć, lecz chcieć.
***
Motywacje:
- x Andrzeju, za powrót i szturmowanie Nieba, dziękuję. Coż byśmy zrobili bez takich ciągłych świadectw i pomocy.
- Kasiu Mała, czy Ty o mnie jeszcze pamiętasz? Czy już zupełnie straciłaś nadzieje? Wybaczysz mi to, że nie potrafię się zabrać za napisanie tej recenzji „Renta”?

- Deszcz majowy …
- „Cztery pory roku” Vivaldiego, a w szczególności „Presto”. Geniusz zawsze jest aktualny i  zawsze zachwyca – wciąż na nowo.
***

Przeczytałam „Trans-Atlantyk” Witolda Gombrowicza. Może trochę wstyd, że dopiero teraz, po tak wielu latach rzekomej edukacji powszechnej. Może dopiero teraz czas nadszedł na tą książkę dla mnie. Siedzę od dłuższego czasu i zastanawiam się, nie tyle co mogłabym napisać o tym dziele, ile co myśleć w ogóle na jego temat. Znam powszechne opinie – zarówno osobistości ważnych z życia literackiego, jak i zwykłych czytelników. Znam krytyki, pochwały, wyznaczniki, symbolikę. I jeśli mam być szczera, zupełnie nic mi to nie daje. Bo stanęłam w tym punkcie, kiedy po przeczytaniu jakiegoś tekstu nic nie splata się w całość, choć gdy człowiek chce wykazać brak spójności, to jednak okazuje się, że nie ma na czym się oprzeć, bo wszystko jest całością w istocie. Przede wszystkim, nie rozumiem na czym polega fenomen tej książki. I nie mówię jako przyszły kulturoznawca, jako zamiłowana „literatka”, ale jako zwykły czytelnik, w bamboszkach, na niewygodnym bez względu na pozycję krześle i z kubkiem gorącej herbaty w ręce. Że jest to tekst niezwykły i nowatorski i z pewnością na tamte czasy i miarę polityki wywołujący zamęt, rozumiem. Ale czemu dziś tylu młodych ludzi zachwyca się tą lekturą i to za czasów własnej szkoły średniej, nie pojmuję. Przyznaję, za czasów swojego liceum zaczytywałam się Gombrowiczem, choć w programie szkolnym miałam jedynie „Ferdydurkę”. Pamiętam, że ludziom nie podobała się ta książka, tak jak nie rozumieli „Procesu” Kafki. Mnie zafascynowały obydwie pozycje. Dlaczego lubowałam się w Gombrowiczu i jego „gębie”? Szukałam własnej osobowości, tej ludzkie i tej literackiej. Każdy kto czyta dużo lub chociaż troszkę, wie, że jest taki czas, kiedy kształtuje się w człowieku gust literacki. Dla każdego ma to miejsce w innym okresie i w odmiennych okolicznościach. Zazwyczaj lubimy czytać to, co reprezentuje nas samych – tych realnych bądź tych wymarzonych. Mnie fascynowały u Gombrowicza kilka rzeczy, można rzecz, wiadome wszem i wobec. Nietypowy język, z którym w tym wymiarze nie spotykałam się nigdzie indziej i u żadnego innego autora. Sposób budowania tekstu w ten sposób, że człowiek czytając tekst orientował się w pewnym momencie, że sam obserwuje swój proces myślenia. To było wtedy. Jak jest dziś? Autor ten nie fascynuje mnie tak, jak dawniej, choć z pewnością nadal jest jakimś źródłem inspiracji i zamysłu. Jest to dla mnie postać o dwóch wymiarach. Z jednej strony pasjonuje mnie to, że czytając Jego powieści czy opowiadania, człowiek tak naprawdę może zacząć przyswajać i odbierać tekst dopiero wtedy, gdy zgodzi się na swoistą grę, a nade wszystko gdy zgodzi się na to, by zrezygnować z samego siebie. Nie zdajemy sobie często sprawy z tego, że chcemy panować nad tekstem czytanym i wydaje nam się, że to robimy. Na zasadzie skojarzeniowej domyślamy się możliwych wariantów dalszego przebiegu akcji bądź perspektywicznie poruszanych kwestii. Czasem też rozwój wydarzeń jest tak delikatny, nawet gdy mówimy o zwrotach akcji, że nie zaburza naszego toku myślenia. Tymczasem czytając Gombrowicza co chwila natrafiamy na moment, gdy dzieje się rzecz, której nie dość, że nie spodziewalibyśmy się zupełnie, to nawet wtedy gdy zaalarmowani tym stanem rzeczy staramy się przygotować na najbardziej zaskakujące wersje kolejnych epizodów, wprowadzani jesteśmy w konsternację po raz kolejny. I tym sposobem dzieją się rzeczy zachwycające. Bo pomijając już kwestię językową, która sprawia, że czytając trzeba myśleć i uważać, zaczynamy obserwować samych siebie. Widzimy, że mamy jakieś przewidywania i wiemy, że one legną w gruzach, co więcej nawet ta rezerwa zostanie zburzona, ponieważ zostaniemy zaskoczeni w sytuacji, kiedy najmniej się tego spodziewać będziemy i kiedy czujność nasza będzie uśpiona chwilowym rozluźnieniem bądź przeciwnie, zagęszczeniem tekstu. Właśnie to pasjonuje mnie w Gombrowiczu, że czytając Go myślę, zastanawiam się, toczę walkę z samą sobą i tego procesu jestem świadoma. Problem leży w tym czy człowiek się na to godzi czy nie. Jest jednak i druga strona. Owe tworzenie i przyjmowanie masek, walka z konwencjami, cała ideologia stojąca za twórczością pisarza, na wspólni z polityką. Moim osobistym zdaniem człowiek nie jest w stanie uwolnić się od samego siebie, bo nawet gdy będzie twierdził, że już sobą nie jest, to będzie nim, tylko tym innym. Nie jesteśmy też w stanie oderwać się od konwencji, bo przewrotnie rzecz biorąc, nawet brak konwencji jest konwencją i ktoś przed nami już to kiedyś stosował. Gombrowicz stworzył świat niezwykły i godny szacunku. I choć często podczas Jego lektury człowiek się męczy, to tak naprawdę ten trud wynika raczej z walki z samym sobą, aniżeli autorem. I choć osobiście preferuję inny sposób ukazywania człowieka, to jednak Gombrowiczowskie obrazy zawsze skłaniają mnie do jakiejś refleksji. „Trans-Atlantyk” czytałam przez kilka tygodni. Brnęłam przez tą lekturę zmuszając się do czytania ni mniej ni więcej, jak pięciu stron na dzień. Po dojściu do limitu zatrzaskiwałam okładkę z hukiem i mówiłam sobie, że jednak nie dam rady. Po czym kolejnego dnia wracałam. Im dalej zachodziłam, tym mniej wiedziałam i tym bardziej czułam się zdezorientowana. W pewnym momencie moja wściekłość, brak wiedzy, brak rozeznania i orientacji przemienił się w rezygnację i wtedy doszłam do owej refleksji wynikającej z załamania – dać się ponieść słowu i przestać myśleć, a jedynie czytać. Czytałam. Z każdym dniem coraz więcej. Ostatnich dwadzieścia stron było dla mnie tak absurdalnych, że wręcz fascynujących. I kiedy dotarłam do ostatnich słów, najpierw siedziałam w milczeniu, potem pojawił się na moich ustach grymas zwątpienia, po czym zaczęłam się śmiać. I dotarło do mnie, że cała książka była przygotowaniem do ostatniej reakcji. Byłam zmęczona, zdezorientowana, zła, zrezygnowana, by na końcu zareagować tak, jak bohaterowie powieści, którzy czuli to samo, by powielić ich obraz w wybuchu absurdalnego śmiechu, bo nie szło już po prostu zrobić nic innego – ani uciec, ani zabić. 
***
Motywacje:
- Witold Gombrowicz.
- Wykłady z wiedzy o literaturze XIX i XX wieku.
- Kilkanaście godzin siedzenia w niewygodnej pozycji i szelest kartek.
***


  • RSS